"Nie wiem, czybym się na to zdecydował. Trzeba pamiętać, że jakość wody nie jest wszędzie taka sama. Przed kolektorem, którym ścieki z całego miasta spływają do rzeki, woda będzie czysta, ale zaraz za nim jest brudniejsza" - mówi DZIENNIKOWI prezes fundacji "Ja Wisła" Przemysław Pasek. "Dlatego, o ile kąpałem się w Wiśle powyżej Warszawy, o tyle w okolicach Modlina nie wejdę do wody".
Ale i on dodaje, że nasze rzeki, zwłaszcza te duże, stają się w ostatnich latach coraz czystsze. Dzięki pieniądzom Unii Europejskiej powstają oczyszczalnie, a przemysł - przez lata największy truciciel - zaczął być przyjazny dla środowiska. Nie zrobił tego oczywiście z nagłej miłości do natury, ale w obawie przed dotkliwymi grzywnami, którymi karze Wspólnota.
Przed nami jest jeszcze wiele do zrobienia - z badań wynika, że w Polsce nie ma rzek pierwszej, najlepszej klasy czystości, a tych z drugą klasą jest jedynie 2 proc. Najwięcej mamy rzek średnio zabrudzonych, należących do trzeciej i czwartej klasy czystości. Tych najbrudniejszych, z piątą klasą, jest 19 proc. Większość z nich płynie przez województwo śląskie - skupiony tam przemysł truje tak bardzo, że w niektórych mniejszych rzekach ryb nie ma wcale.
Za kiepski stan wód w polskich rzekach odpowiedzialne jest teraz przede wszystkim rolnictwo. "Dzięki budowie oczyszczalni maleje problem ścieków komunalnych, a głównymi trucicielami stali się chłopi" - mówi DZIENNIKOWI Przemysław Nawrocki z ekologicznej organizacji WWF. W rolnictwie wciąż używa się ogromnych ilości nawozów sztucznych oraz pestycydów do walki ze szkodnikami. Spłukiwane z pól przez deszcze chemikalia trafiają do rzek. To nie jedyny problem. Wiele wiosek wciąż nie ma kanalizacji, przy nielicznych budowane są małe oczyszczalnie; w efekcie szamba wylewa się prosto do rzek, mimo że jest to nielegalne.
Nadzieję na zmianę tej sytuacji znów daje Unia Europejska. Do 2010 r. duże miasta, w tym m.in. Warszawa, muszą przestać odprowadzać do rzek nieoczyszczone ścieki. W 2015 r. ten zakaz będzie już obowiązywał wszystkich.