Każdy powinien płacić za wytwarzanie CO2

kominyCo
zrobić, żeby światowa polityka ochrony klimatu była sprawiedliwa dla
każdego państwa na świecie? 

  .   Pierwsza elektrownia przechwytująca całe CO2…

 
.   Redukcja emisji CO2 nie uratuje klimatu

Może zamiast obciążać odpowiedzialnością
rozmaite organy państwowe i wielkie koncerny przemysłowe powinniśmy
zacząć zmiany od siebie samych?
Może gdyby każdy, kto emituje rocznie więcej niż 2,5 tysiąca kilogramów dwutlenku węgla, musiał sam za to płacić, machina zmian wreszcie by ruszyła?

Do kolejnego spotkania na temat zmian klimatycznych jest już coraz bliżej – odbędzie się ono w Kopenhadze pod koniec 2009 roku. Za kulisami specjaliści od spraw klimatu walczą z politykami o taktyki negocjacyjne, strategie propagandowe i granice kompromisów.

Ja natomiast chciałbym poprosić Was, drodzy czytelnicy, żebyście zastanowili się chwilę i odpowiedzieli sobie na następujące pytania: Jak powinno wyglądać najlepsze i najbardziej sprawiedliwe rozwiązanie problemów klimatycznych? Jak powinniśmy podzielić obowiązki i obciążenia finansowe związane z konieczną redukcją emisji dwutlenku węgla, działając przy tym na zasadach fair-play? Co zrobić, żeby nikt nie został pokrzywdzony ani nie cieszył się szczególnymi przywilejami?


Do tej pory stanowczo za mało mówiło się na temat sprawiedliwego traktowania ludzi, którzy przyczyniają się do zanieczyszczenia powietrza. Każdy, kto doszukiwał się takich rozwiązań w chaotycznej debacie o ograniczeniu europejskiego ruchu drogowego, z pewnością szybko stracił orientację w temacie. Jaki cel ma właściwie cała ta kłótnia? Przecież jakby się nad tym dokładnie zastanowić, dochodzi się do wniosku, że ograniczenie ruchu samochodów jest klimatowi zupełnie obojętne. Kierowcy, którzy co prawda mają energooszczędne samochody, ale jeżdżą nimi dużo, nie przyczyniają się do zanieczyszczenia środowiska w mniejszym stopniu, niż właściciele luksusowych limuzyn stojących przez większość czasu w garażu. Problemem są nie samochody, ale ich kierowcy – i to bez żadnego wyjątku. W zanieczyszczeniu powietrza mamy udział absolutnie wszyscy – czy jest się kolejarzem, pasażerem samolotu czy członkiem rodziny w okresie zimowym mocno ogrzewającej swoje mieszkanie. To nie "oni" są winni, ale ogół wszystkich konsumentów. Do emisji dwutlenku węgla przyczyniamy się podróżując samochodem, rozsmakowując się w soczystym kiwi, które przyleciało z Nowej Zelandii, czy wręczając cioci imieninowego tulipana z Afryki. Liczy się każdy gram CO2, który wydmuchiwany jest w powietrze, a dzieje się to również przy najdrobniejszych, codziennych czynnościach. Każdy gram CO2 waży dokładnie tyle, co inny gram CO2, czyli emitując jeden gram CO2 emitujemy tyle samo, co każdy, kto wyemitował jeden gram CO2.


Hindus, Chińczyk czy Europejczyk – równe prawa dla wszystkich

Sprawiedliwe rozwiązanie problemu emisji dwutlenku węgla zdaje się być praktycznie niemożliwe. Trzeba by bowiem znaleźć złoty środek na pogodzenie interesów nie tylko intensywnie uczestniczących w miejskim ruchu kierowców smartów, rozpędzających się do zawrotnych prędkości właścicieli golfów i pielęgnujących swój wóz głównie w garażu miłośników porsche, ale również użytkowników kolei, wielbicieli afrykańskich tulipanów, amatorów zimowania na Majorce, lubujących się w nowozelandzkich owocach kiwi oraz lokatorów starych kamienic, na których ogrzanie potrzeba dużo więcej energii niż w nowym budownictwie. Niemiecki rząd stworzył ostatnio nowy program klimatyczny z ogromną ilością rozmaitych rozporządzeń i planów, jednak w panującym obecnie chaosie trudno jest ustalić, czy program ten w jakikolwiek sposób ułatwi sprawiedliwe rozdzielenie obciążeń, wynikających z konieczności redukcji emisji dwutlenku węgla. Być może nowe regulacje do czegoś się przydadzą, ale prawdopodobieństwo powodzenia całego projektu zdaje się być mniejsze niż "szóstka" w totolotku.

A może powinniśmy się zatrzymać i rozpocząć nasze rozważania w innym punkcie? Gdyby od tej chwili wszyscy ludzie – czy to Chińczycy, Hindusi czy Europejczycy – mieli prawo emitować jednakową ilość dwutlenku węgla, wszystko nagle stałoby się dziecinnie proste. Drugą część tego stwierdzenia ("wszyscy ludzie") powtarzam za Angelą Merkel. Pierwsza część ("od tej chwili") wychodzi jednak daleko poza wizję pani kanclerz. Wyrażenie "od tej chwili" powinno według mnie oznaczać od 1 stycznia 2013 roku, czyli od dnia, kiedy po wygaśnięciu Protokołu z Kyoto zacznie obowiązywać nowy traktat. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że mój pomysł znajdzie niewielu zwolenników – zdaniem opinii publicznej nawet kanclerz Merkel, która jest niezwykle odważna, i traktuje sprawę klimatu bardzo przyszłościowo, podchodzi do całego tematu z wyjątkową rezerwą.

Powinniśmy jednak pochwalić panią kanclerz, ponieważ jest ona pierwszym szefem rządu bogatego państwa, który oznajmił, że każdy mieszkaniec Ziemi powinien mieć prawo do wyemitowania rocznie tej samej ilości dwutlenku węgla. Jej plan wprowadzenia tego sprawiedliwego podziału dopiero w 2050 roku nie zasługuje już jednak na uznanie. To tak, jakby jakiś mężczyzna zwrócił się do walczącej o prawo wyborcze dla kobiet feministki następującymi słowami: "Przyznaję, że obecne prawo wyborcze jest niesprawiedliwe i proponuję, żebyśmy zajęli się rozwiązywaniem tego problemu później, na przykład za 42 lata."

Za 42 lata połowa z nas będzie już pewnie leżeć w grobie, jeżeli więc ktoś negocjuje sprawiedliwy podział praw do emisji dwutlenku węgla na rok 2050, nie daje obecnie żyjącym ludziom żadnej szansy zasmakowania tej równości. Jeżeli chcielibyśmy natychmiast rozpocząć rozdzielanie limitów emisji każdemu po równo, to największe obciążenie poczuliby ci, którzy emitują więcej CO2 niż przeciętny mieszkaniec Ziemi, a to właśnie my – mieszkańcy bogatej Północy. Nowe regulacje najbardziej uderzyłyby w Amerykanów, których roczna emisja wynosi 20,1 tysiąca kilogramów CO2 na głowę – dwa razy więcej niż średnia niemiecka. Natomiast przeciętny Niemiec produkuje dwa razy więcej dwutlenku węgla niż reszta mieszkańców naszego globu – na nich przypada około 4,4 tysiąca kilogramów CO2. Zdaniem specjalistów 4,4 tysiąca kilogramów to dwukrotność dawki, którą w nadchodzących dziesięcioleciach wytrzyma nasza planeta. Przy obecnej sytuacji demograficznej nie powinniśmy emitować rocznie więcej niż dwa do trzech tysięcy kilogramów na głowę.

Powyższe liczby chyba dość dobrze wyjaśniają, dlaczego pani kanclerz przezornie nie zaproponowała wprowadzenia sprawiedliwych limitów emisji dwutlenku węgla już teraz. Gdybyśmy mieli zmniejszyć je z roku na rok czterokrotnie, zaaplikowalibyśmy naszej gospodarce prawdziwą terapię szokową, którą wytrzymałyby zapewne tylko nieliczne przedsiębiorstwa. Czy oznacza to, że nie uda się nam wprowadzić sprawiedliwości w ochronie środowiska bez popełniania przy tym gospodarczego samobójstwa? Spokojnie! Nie należę do ekologicznych przeciwników kapitalizmu, których niezwykle uradowałoby bankructwo kapitalistycznych systemów gospodarczych. Nie, to nie dla mnie! Jeżeli mamy grać fair, to bez harakiri i rezygnacji z życia w dobrobycie. Nie możemy więc oczekiwać, że zredukowanie emisji CO2 do wartości przyjaznej środowisku uda się z dnia na dzień. Daleko nam jeszcze do zmniejszenia udziału dwutlenku węgla w atmosferze. Poziom CO2 jest coraz wyższy, a w ostatnim czasie przyrost ten nawet przyspiesza. Ekspertyzy przeprowadzone przez inicjatywę Global Carbon Project wykazują, że w 2006 roku udział dwutlenku węgla w atmosferze wzrósł o 1,8 ppm (cząsteczek CO2 w milionie cząsteczek powietrza), a w roku 2007 aż o 2,2 ppm. Dobrze by było na początek zatrzymać tę tendencję, i to bez konieczności zaspokajania własnych potrzeb kosztem mieszkańców Indii czy Afryki.

Zgodnie z ostatecznym planem każdy człowiek miałby prawo emitować taką ilość dwutlenku węgla, jaka jest przewidziana na przeciętnego mieszkańca naszej planety. Byłoby oczywiście absurdem, gdybyśmy prawa i obowiązki związane z ochroną klimatu zaczęli wyrównywać od zachęcania mieszkańców Indii i Afryki do emitowania takiej ilości CO2, jaką emitują Europejczycy. Jednak co w takim razie Indie i Afryka powinny zrobić z niewykorzystanymi prawami do emisji? Odpowiedź jest prosta: sprzedać je za sprawiedliwą i rozsądną cenę, która ukształtuje się na bazie globalnego popytu i globalnej podaży na pakiety emisyjne.

Giełda CO2

Gdyby ograniczyć podaż pakietów na emisję CO2, Niemcy musieliby na przykład płacić za połowę wyprodukowanego przez konsumentów i producentów dwutlenku węgla. Opłaty te byłyby regulowane na światowej giełdzie, na której obracano by certyfikatami na daną porcję emisji. Każdy, kto chciałby korzystać z kopalnego źródła energii, musiałby zaopatrzyć się w odpowiednią ilość certyfikatów CO2 od razu przy zakupie danego paliwa. Badania Światowej Organizacji Handlu z lat 1998/99 wykazały, że stworzenie takiego systemu nie jest rzeczą trudną i wymaga dużo mniej biurokracji niż gąszcz chaotycznych reguł Protokołu z Kioto.

Moja propozycja znacznie różni się od reżimu limitów na emisję CO2 narzucanego przez Unię Europejską. Z jednej strony nie chciałbym rozdawać certyfikatów w prezencie. Ci, którzy do tej pory emitowali wyjątkowo dużo dwutlenku węgla, szczególnie na nie nie zasługują. Z drugiej strony konsumenci paliw kopalnych powinni zostać zaangażowani w handel certyfikatami na jednolitych i równych zasadach. Unia powinna, co prawda, narzucić pewien reżim – taki, który w inny sposób regulowałby zmniejszenie emisji CO2 w ruchu drogowym, a inaczej w elektrowni węglowej, produkującej prąd dla teoretycznie przyjaznych środowisku pociągów.

Moje propozycje przypominają trochę pomysły Lutza Wicke – byłego niemieckiego sekretarza stanu, zajmującego się sprawami środowiska naturalnego. Zagłębiając się jednak w jego koncepcję "Kyoto Plus", można wpaść w lekką konsternację. Co prawda Wicke – podobnie jak kanclerz Merkel – jest zwolennikiem systemu, w którym każdy mieszkaniec naszego globu musiałby przestrzegać jednakowego limitu emisji dwutlenku węgla. Niestety jego plan uknuty jest w tak zawiły sposób, że zbożny cel gdzieś się gubi. Zdaniem Wicke światowy bank certyfikatów powinien przyznać każdemu państwu tę samą liczbę certyfikatów na jednego mieszkańca. Kraje takie jak Indie dostałyby wtedy dużo więcej certyfikatów, niż rzeczywiście potrzebują i musiałyby sprzedać ich nadmiar tym państwom, które swój limit przekraczają. Cena certyfikatu byłaby ustalona odgórnie i wynosiłaby 0,2 centa za kilogram. Tym sposobem niszczyciele środowiska naturalnego mogliby je nadal dewastować – na dodatek legalnie i za niezwykle przystępną cenę. Zastanawiający jest fakt, w jaki sposób Lutz Wicke w ogóle doszedł do ceny 0,2 centa. Myślę, że jego zdaniem cena ta po prostu leży w granicach naszych możliwości. Trzeba jednak zauważyć, że ustalając stałą cenę, lekceważymy wszelkie sygnały gospodarki rynkowej, w związku z czym tracimy jakąkolwiek możliwość kierowania inwestycji tam, gdzie są one najbardziej opłacalne. Tym sposobem uzależniamy od państwa wszystkich tych, którym przed chwilą wspaniałomyślnie obiecaliśmy równość, czyli jednakowe limity emisji dwutlenku węgla. To typowe mechanizmy rządzące gospodarką planową. Sądzę, że sprzedawców i nabywców certyfikatów powinniśmy na całym świecie traktować w ten sam sposób, a ceny certyfikatów powinny regulować zasady gospodarki rynkowej, czyli podaż i popyt. Nie ma tu miejsca na żadne ceny specjalne, uzależnione od miejsca zamieszkania.

Projekt "Kyoto Plus" proponuje jednak jeszcze bardziej radykalne rozwiązanie, w myśl którego narodowe banki certyfikatów decydowałyby o zapotrzebowaniu na pakiety emisyjne z rocznym uprzedzeniem. Koncepcja ta byłaby szczególnie korzystna dla tych, którzy do tej pory emitowali dużo, bo zostaliby oni "wynagrodzeni" większymi pakietami na nadchodzący rok. Nie jest chyba trudno pojąć, że nie byłoby to ani sprawiedliwe, ani skuteczne. Poza tym 198 banków certyfikatów to według mnie przesada. Po co komplikować sobie życie? Przecież jedna giełda wystarczy!

Tworząc swoją koncepcję Lutz Wicke wpadł w pułapkę kategorii państwa narodowego. Zmiany klimatyczne to nie sprawa poszczególnych państw, ale problem globalny i czoła musi mu stawić wspólnie cały świat. Pojęcie państwa jest w tym przypadku całkowicie zbędne. Program "Kyoto Plus" planuje natomiast wydać pieniądze ze sprzedaży certyfikatów na stworzenie przez każde pojedyncze państwo rozwijające się planu ekologiczno-socjalnego, zawierającego pomysły na walkę z biedą czy wspieranie rozwoju, który byłby przyjazny dla środowiska naturalnego. Plan taki miałby powstać w ramach jednego globalnego schematu. Co prawda wszystkie projekty Wicke wyglądają na papierze bardzo efektownie, ale kłócą się z ideami wolnego rynku. To tak, jakby objąć całą tę dziedzinę globalną gospodarką planową.

Dlatego moją propozycją jest wypłacanie pieniędzy z licytacji certyfikatów każdemu pojedynczemu obywatelowi w regularnych odstępach czasowych i bez żadnych potrąceń. Każdy z nas powinien mieć z dochodów światowej giełdy dwutlenku węgla takie same profity.

Z pewnością zadajecie sobie pytanie, czy taki system przyczyniłby się do rozrośnięcia się światowej biurokracji do niewyobrażalnych rozmiarów. Myślę, że o to nie musimy się szczególnie obawiać. Aby wypłacić pieniądze, nie potrzeba przecież żadnej biurokratycznej hierarchii. Inaczej niż w przypadku globalnego planu Lutza Wicke, nie byłoby tutaj żadnego składania wniosków, żadnej wojny na podania, żadnych formularzy, decyzji ważnych osobistości – wypłacenie kwoty odbywałoby się przez proste naciśnięcie odpowiedniego klawisza na klawiaturze komputera. Przecież do czegoś takiego potrzeba mniej personelu niż do przeprowadzenia kolejnej akcji humanitarnej w którymś z małych krajów bałkańskich.

W takim razie ile to wszystko może nas kosztować? Przy dotychczasowych projektach, mających na celu ratowanie klimatu, jeden kilogram dwutlenku węgla kosztował mniej więcej dwa centy. Racjonalna górna granica ceny rynkowej za certyfikaty kształtuje się więc mniej więcej na tym poziomie. Żaden rozsądny człowiek nie zapłaci za certyfikat więcej niż dwa centy, jeżeli za tę samą cenę może zrzucić z siebie brzemię nadmiernej produkcji CO2. Przykładowo Niemcy za wyemitowanie zbyt dużej ilości dwutlenku węgla płaciliby rocznie około 120 euro na jednego mieszkańca. Indywidualne koszty mogłyby być jednak dużo niższe lub dużo wyższe w zależności od stylu życia danej osoby. Koszty tych, którzy często jeżdżą samochodem czy mieszkają w ogromnym domu, ogrzewanym olejem opałowym i nie posiadającym wystarczająco dobrej izolacji cieplnej, byłyby oczywiście wyższe niż 120 euro na rok. Natomiast dużo zaoszczędziliby ci, którzy poruszają się rowerem czy też zamontowali na dachu swojego domu baterie słoneczne. Jeżeli chodzi o mieszkańców Indii, to wykorzystaliby oni tylko 20 procent swoich praw do emisji dwutlenku węgla. 80 procent państwo mogłoby sprzedać i w ten sposób zarobiłoby około 80 euro rocznie na jednego mieszkańca. Mam wielką nadzieję, że władze Indii wiedziałyby, jak odpowiednio wykorzystać ten zysk.

Dodatkowym problemem jest fatalna sytuacja światowego systemu finansowego, przez którą wszyscy zaczęliśmy obawiać się rozwiązań wolnorynkowych. Niektórzy pewnie zadają sobie pytanie, co by się stało, gdyby spekulanci zaczęli gromadzić certyfikaty na emisję CO2, aby sprzedać je później z większym zyskiem? Pod jednym względem byłoby to całkiem niezłe rozwiązanie – każdy, kto przyczyniałby się do zmniejszenia ilości certyfikatów na rynku, robiłby ogromną przysługę naszej naturze. Spekulanci mieliby więc swój udział w obniżeniu się światowej emisji dwutlenku węgla. Oddech świeżym powietrzem zrobiłby naszej naturze całkiem nieźle – nawet jeżeli byłby to efekt zwykłej ludzkiej chciwości.

Olaf L. Müller, Die Zeit

Źródło: Gazeta Wyborcza

 

Może Ci się również spodoba