Politycznie Manipulowana Żywność

wegeRyszard Kapuściński twierdził, że kresem ludzkości może być śmierć głodowa.
Ale nie ze względu na brak żywności,

       . GMO to nieudany eksperyment
       .
Głód widmo przyszłości 

 

lecz wskutek wszechobecnego lęku: przed chorobą szalonych krów, pryszczycą, genetycznymi modyfikacjami.

Aktywiści Greenpeace protestują przeciw uprawom transgenicznej kukurydzy, Filipiny 2005 r. / fot. AFP/Onet.pl

Aktywiści Greenpeace protestują przeciw uprawom transgenicznej kukurydzy, Filipiny 2005 r. / fot. AFP/Onet.pl

Zwolennicy
żywności GMO podkreślają, że przemawia za nią większa wydajność,
odporność na herbicydy i mniejsze zużycie chemikaliów. Przeciwnicy
koncentrują się na zagrożeniach dla zdrowia człowieka, zwierząt,
bioróżnorodności środowiska. Choć obie strony uderzają w wysokie tony,
prym wiodą zwolennicy twierdząc, że zwalczy ona głód, a nawet biedę.

Tymczasem uprawy GMO (prowadzone na szeroką skalę od 1996 r.) nie
zmniejszyły głodu, nie ograniczyły zużycia chemii, nie zapewniły
prosperity rolnikom. Przeciwnie: tych, którzy skorzystali z nowej
oferty, pozbawiły gospodarczej niezależności. Wygrywają tylko koncerny
biotechnologiczne i agrobiznes.

Prawdziwy powód do strachu

Szczególnie niepokoi próba psychologizacji dyskusji. Giną konkrety,
a obie strony odwołują się do emocji podsycanych przez media i sondaże.
W upsychologicznionym sporze „tak” lub „nie” dla żywności
transgenicznej spychane jest do sfery wyboru konsumenckiego.

Zwolennikom GMO jest to na rękę. Łatwo wykpiwają obiekcje, przekonując:
wasz strach jest nieracjonalny. A przeciwnicy pocieszają się, że pełni
obaw ludzie i tak tego nie kupią.

Tymczasem prawdziwe pytanie o GMO brzmi: czy chcemy, aby kilka
korporacji biotechnologicznych, które już dziś kontrolują rynek
zwykłych nasion przemysłowych (Monsanto, Syngenta, DuPont-Pioneer,
Basf, Dow, Bayer), za pomocą patentów na GMO sprawowało kontrolę nad
całym rynkiem nasion, a w efekcie – żywności? To nie teoria spiskowa.

Straszy nas się „franken-jedzeniem”, mówi się głównie o paszach, rzadko
zaś wspomina o nasionach. A to właśnie one wywołują największy sprzeciw
farmerów. Podejmując się upraw GMO, a tym samym wykorzystania patentu
należącego do koncernu, rolnik przed każdym siewem musi kupować nowe
nasiona, czyli „odnawiać umowę”. Nie może ich odłożyć, jak to
zwyczajowo czynił. Aby to zapewnić, opracowano technologię
„Terminator”, dzięki której nasiona w drugim pokoleniu stają się
sterylne (ONZ po ośmiu latach moratorium powraca do debaty na jej
temat). Inny haczyk mają nasiona „Zombie”, które ożywają dopiero po
uaktywnieniu odpowiednim płynem. Do kupienia w tej samej korporacji.

Koncerny zajmują się też wykrywaniem zatrutych upraw i inkasowaniem kar
za naruszenie własności intelektualnej. Tylko w USA za „bezprawne
wykorzystanie patentu” wyegzekwowano ostatnio od rolników ponad

21 mln dolarów. Mimo że producenci, których uprawy zostały skażone
pyłkiem roślin GMO, także ponieśli straty. Koncerny mają lepszych
prawników.

GMO, jak podkreśla Vía Campesina, organizacja zrzeszająca 149
organizacji rolniczych z 56 krajów świata, to oferta dla bogatych
(z ponad 100 mln ha obsianych GMO na świecie – 8 proc. ziemi uprawnej –
większość to wielkie plantacje). Dla drobnych rolników oznacza ona
eliminację z produkcji, zwłaszcza jeśli stawiają na uprawę ekologiczną.
Nie tylko dlatego, że nie stać ich na coroczne kupowanie nasion, ale
też z uwagi na zatrucie ich roślin. Otóż współistnienie upraw GMO
i normalnych jest niemożliwe. A przecież – jak podkreśla ta
organizacja, z nią także FAO, tylko małe gospodarstwa wyżywią świat.

Nieodwracalne zmiany

Zwolennicy GMO twierdzą coś przeciwnego. Ich argumentem „za” jest
rzekoma zdolność żywności transgenicznej do walki z głodem. Tyle że
nigdy w historii klęski głodu nie były kwestią technologii, lecz
polityki.

Dziś na świecie mamy nadwyżkę żywności. Wg FAO wystarczyłaby ona, by
wyżywić 11 mld ludzi. Tymczasem ponad 850 mln głoduje, bo nie ma
pieniędzy. Niepotrzebne są wydajniejsze środki produkcji, ale
mechanizmy dystrybucji. Sam Bank Światowy przyznał ostatnio, że to zła
polityka reform strukturalnych i cięć w wydatkach państwa – również
przezeń promowana – doprowadziła w ostatnich dekadach do zapaści
afrykańskie rolnictwo.

Niemiecki socjolog Ulrich Beck podkreśla, że żyjemy w epoce
eksperymentów, nad którymi społeczeństwo nie ma bezpośredniej kontroli,
a których konsekwencji nie da się zrekompensować. Gdy zmianie ulegnie
klimat czy organizmy żywe, będzie za późno. W przypadku GMO wiele mówi
się o strefach ochronnych i odszkodowaniach za skażenie tradycyjnych
upraw. Ale pyłek może przebyć nawet kilkaset kilometrów.

Beck podkreśla także, że dziś jedne nieobliczalne niebezpieczeństwa
zwalcza się innymi. I tak, miast zwalczać źródła zmian klimatu,
koncerny biotechnologiczne inwestują w badania nad nowymi „odpornymi na
zmiany klimatu” uprawami, rosnącymi nawet na glebach wyjałowionych czy
zasolonych przez powodzie. Spokojnie czekają na „nieuchronne” i liczą
przyszłe zyski.

Na domiar złego państwo czy nauka, zamiast zapewniać bezpieczeństwo,
stanowią wręcz źródło ryzyka. Nie biorą odpowiedzialności za skutki,
lecz odsuwają je w bliżej nieznaną przyszłość. Taką rolę odgrywają
choćby rządy w Meksyku czy Argentynie. Przyjęta niedawno w pierwszym
kraju korzystna dla koncernów regulacja o „bio-bezpieczeństwie”
(nazwana z tego powodu „Prawem Monsanto”) stanowi, że są one sędzią we
własnej sprawie, rozstrzygając kwestie związane z zanieczyszczeniem
upraw. Prawo to zezwala także na import kukurydzy GMO z USA nawet
wtedy, gdy na meksykańskie stoły trafiają rośliny, które Stany
wykorzystują tylko do pasz.

Dla ludów Ameryki Środkowej, które tysiące lat temu udomowiły
kukurydzę, jest ona punktem centralnym diety, kultury i wierzeń.
Związana jest z początkami kosmosu i narodzinami człowieka, a tortillas
– wyrabiane z niej placki – są podstawą wyżywienia. W zeszłym roku,
w trakcie tzw. kryzysu tortilli (fali wzrostu jej cen) rząd zalecał,
aby natychmiast obsiać wszystkie ziemie kukurydzą GMO. Ale była to
tylko próba wykorzystania sytuacji. Wydajność można bowiem podnieść
tradycyjnymi środkami (przez ostatnie dwa lata wzrosła tu o 25 proc.),
a za wzrostem cen nie stał brak kukurydzy, lecz spekulacja nią na
giełdzie.

Tymczasem aż 85 proc. producentów kukurydzy w Meksyku jest przeciwnych
GMO. Znają doświadczenia swoich kolegów, którzy zdecydowali się na
pilotażowe uprawy, a gdy zbiory okazały się mniejsze – większa
wydajność GMO jest przereklamowana – popadli w długi. Podkreślają, że
nie chodzi tylko o lęk, lecz że wolą używać własnych nasion. Na własną
rękę starają się magazynować nasiona rodzimych odmian. Lecz część
z nich jest już zanieczyszczona (w USA aż w 90 procentach zwykłych
upraw wykrywa się mutacje!).

Gdy rząd argentyński postawił na transgeniczną soję Roundup-Ready na
pasze, zapewniło to zyski i pomogło wydźwignąć kraj z kryzysu
finansowego po 2001 r. Ale jej masowe uprawy (także w sąsiednich
Paragwaju, Urugwaju i na południu Brazylii) sprawiły, że ze spichlerza
świata Argentyna w ciągu kilku lat stała się „spichlerzem obór świata”.
Aż 60 proc. ziemi uprawnej (18 mln ha)

zajęła soja, którą karmione są zwierzęta w Europie i Azji. Jej
ekspansja spowodowała zmianę struktury rolnictwa, koncentrację ziemi
w rękach agrobiznesu oraz zniszczenie środowiska wyjątkowo toksycznym
herbicydem Roundup. Dziś wielu farmerów domaga się wyrzucenia soi
z tego kraju.

***

Jak podkreśla francuski teoretyk kultury Paul Virilio, który także
eksponuje rolę strachu jako narzędzia współczesnej polityki, w każdą
nową technologię wpisana jest katastrofa, np. rozszczepienie atomu
przyniosło zagrożenie nuklearnej zagłady. Tragedia wpisana w GMO to nie
tylko ewentualne skutki zdrowotne i środowiskowe, których nie umiemy
jeszcze przewidzieć. To także los indywidualnych rolników. Technologia
GMO nie oznacza jedynie oddania im wydajniejszego narzędzia produkcji,
lecz także odebranie poprzednich narzędzi, a poprzez mutacje, wręcz ich
zniszczenie.

Maciej Wiśniewski jest stałym współpracownikiem „TP”, specjalizuje się w tematyce południowoamerykańskiej.

Onet

Może Ci się również spodoba