Przegrana bitwa z globalnym ociepleniem


Europie nie udało się nakłonić Waszyngtonu i Pekinu do jasnych zobowiązań w sprawie ograniczenia emisji gazów cieplarnianych. Fiasko szczytu w Kopenhadze jest przesądzone.

– Tacy wielcy przywódcy, a boją się wziąć byka za rogi. Zaprzepaścili tak ogromną szansę! – mówi Diane McFadzien z międzynarodowej organizacji obrońców środowiska WWF. Unia Europejska chciała, by największe kraje świata zadeklarowały na wielkiej grudniowej konferencji ONZ w Kopenhadze, o ile zredukują emisję CO2 w najbliższych kilkunastu latach. – Nie zdołamy tego ustalić w tak krótkim terminie – ogłosił wczoraj doradca Baracka Obamy podczas spotkania przywódców regionu Pacyfiku i Azji w Singapurze.

Obama nie potrafi przepchnąć ustaw o redukcji emisji CO2

Te słowa, którym cichcem przyklasnęli chińscy rozmówcy prezydenta USA, przesądzają los Kopenhagi. – Będzie jedynie polityczna deklaracja, że nie porzucamy prac nad ograniczeniem emisji. Konkretne liczby powinny paść dopiero na szczycie ONZ w 2010 r. – tłumaczył wczoraj duński premier Lars Rasmussen, który w imieniu ONZ i UE próbował do ostatniej chwili ratować szanse Kopenhagi.

Pesymiści już wieszczą, że najwięksi gracze nie zdążą niczego ustalić przed 2012 r., kiedy wygasa protokół z Kioto nakazujący redukcje emisji CO2.

Każdy rok zwłoki może nas jednak drogo kosztować, bo zdaniem wielu specjalistów świat nie zdoła już uniknąć podwyższenia temperatury o co najmniej półtora stopnia. A jeśli pozwolimy, by temperatura w najbliższych dekadach wzrosła o ponad dwa stopnie, to podwyższenie poziomu oceanów, nasilenie monsunów i pustynnienie m.in. południowej Europy mogą wywołać masowe migracje, głód w ubogich częściach świata oraz wojny o wodę i jedzenie.

Choć dziś wzrost temperatury szacuje się na niecały stopień, to już wiadomo, że przynajmniej kilkadziesiąt milionów ludzi w Afryce i Azji wkrótce będzie miało z tego powodu kłopoty z dostępem do wody pitnej. – UE musi być przywódcą w walce z ociepleniem. To obowiązek mieszkańców rozwiniętej i bogatej części świata – mówił niedawno szef Komisji Europejskiej José Manuel Barroso.

UE zobowiązała się już jednostronnie do obniżenia emisji CO2 o 20 proc. do 2020 r., a w Kopenhadze zamierzała rzucić na stół ofertę redukcji o 30 proc., gdyby tylko inni gracze podjęli równie duże zobowiązania. – Teraz to nie ma sensu. Skoro Waszyngton nie poda żadnej liczby, to nie będziemy zbyt gorliwi kosztem naszych przedsiębiorców, którzy muszą inwestować w każdą zredukowaną tonę CO2 – mówi brukselski dyplomata.

W Kopenhadze miały też być ustalone zasady ogromnej pomocy finansowej na walkę z emisją CO2 w krajach rozwijających się. Komisja Europejska szacuje, że kraje UE za kilka lat powinny przekazywać uboższym do 15 mld euro rocznie.

Pomoc miałaby sfinansować m.in. unowocześnienie przemysłu. Dla polityków z Chin, Indii, Afryki i Ameryki Łacińskiej to nie tylko wyraz strachu Europy przed ociepleniem, ale też rekompensata za lata europejskiego wyzysku i kolonializmu.

– Coś za coś. Jeśli w Kopenhadze nie będzie obietnic redukcji CO2, to nie będziemy też mówić o pieniądzach – słychać teraz w Brukseli.

Dlaczego Kopenhaga jest skazana na porażkę? Bruksela wytyka palcem USA (emitują dwa razy więcej CO2 na głowę niż Europa), bo Barackowi Obamie wciąż nie udaje się przepchnąć przez Kongres ustaw, które pozwoliłby mu ogłosić kosztowny plan redukcji. Ekolodzy winią też kłócące się o podział kosztów kraje UE, gdzie Polska (na czele koalicji eurobiedoty) nie chce łożyć zbyt wiele na pomoc dla Indii czy Brazylii.

– Gdyby leciał na ziemię meteoryt, wysyłaliby rakiety do jego strącenia. A choć ocieplenie może być równie groźne, to wielcy pozwalają sobie na ślamazarność – mówi Jacqueline McGlade z Europejskiej Agencji Środowiska.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Może Ci się również spodoba