• Bez kategorii
  • 0

Ekologia i ochrona środowiska?

W piątek, 9 października miałem przyjemność uczestniczyć w debacie ekologicznej organizowanej przez uczniów Liceum Ogólnokształcącego im. Goethego w Warszawie. “Politykowanie” zaczęło się już w szkole średniej, pytanie – czy to okazja do pobudzenia aktywności młodych, czy może skorumpowania i zepsucia ludzi “od dziecka”?

Rozumiem, że brzmi to nieco kontrowersyjnie. Sytuacja wyglądała w ten sposób: uczniowie podzielili się na 3 partie. Zmierzyli się z niełatwym zadaniem wystąpienia publicznego i dyskusją na temat energii odnawialnej i ochrony środowiska.

Rzuca się w oczy ich przeszkolenie przez specjalistów od wizerunku. Usłyszeliśmy wiele pustych frazesów, które głoszą media, ale także kilka konkretnych sposobów i pomysłów, jak rozwiązać problemy europejskiej gospodarki.

Co ciekawe, programy napisane przez naszych kolegów idą do Brukseli z zamierzeniem ich zrealizowania. Zobaczymy, jak to wyjdzie.

Projekty na odnowę naszej Ziemi mogę podzielić na dwie grupy: skuteczne i nieskuteczne.

Do tych drugich zaliczam wytwarzanie i zmuszanie ludności do nabywania energooszczędnych żarówek. Nie dość, że kosztują znacznie więcej i ich samo wytworzenie pobiera wiele energii, to emitują szkodliwe promieniowanie ultrafioletowe.

To dziwne, że wypowiadamy się na ten temat, nie mając pojęcia o działaniu takich świetlówek. Od dłuższego czasu zabrania się używania rtęci w termometrach, bo jest szkodliwa. A skoro nie ma teraz co z nią zrobić, to najłatwiej wtłoczyć ją do jarzeniówek!

Działają one w ten sposób: wytwarza się światło UVC, które tzw. luminofor (czyli ta biała “farba” na szkle lampy) zamienia na promieniowanie widzialne. Szkoda, że nam się nie mówi o takiej drobnej przypadłości świetlówek: ok. 2-3% ultrafioletu wydostaje się na zewnątrz.

Żarówki energooszczędne mają inną barwę światła, niż dzienne, emitują zabójczy dla organizmów żywych UVC (w niewielkiej ilości) i kosztują więcej. Dlaczegóż by zakazać ich produkcji?

Dalej dowiedziałem się o błyskotliwej idei karania właścicieli fabryk za produkcję CO2 i trujących gazów. Wszystko pięknie to wygląda na papierze, szkoda tylko, że w praktyce sprawa dzieje się trochę inaczej.

Przedsiębiorców nie trzeba pilnować poprzez specjalne licencje, podatek węglowy, zakładanie przymusowe filtrów. Załóżmy, że ktoś mieszka w okolicach fabryki. Jeśli po dłuższym czasie ulegnie zatruciu, to poda firmę do sądu. Z czasem po prostu przestanie się opłacać emitowanie spalin.

Barierę stanowią tylko powoli działające sądy i biurokracja. Nie dawno weszły w życie tzw. pozwy zbiorowe, co także mogłoby ułatwić sprawę.

Z tych pomysłów, które mi przypadły do gustu, wymienię kilka: baterie słoneczne, termiczne, wykorzystanie “podziemnego” ciepła, edukacja ekologiczna i kilka innych.

Zastanówmy się tylko, jeśli chcemy być pro środowisku, czy działamy na jego pożytek, czy też szkodę.

PS Ciekawy komentarz do tego artykuły padł na stronie wolne media

Może Ci się również spodoba