Ile naprawdę kosztuje ekologia

Zielone inwestycje to olbrzymia szansa. Jednak w ekologii także potrzeba trzeźwego rachunku ekonomicznego, a nie poddawania się modom czy ślepego zapatrzenia winnych.

 
W dyskusji nad przeniesieniem Parlament Europejskiego w jedno miejsce (obecnie europosłowie krążą między Strasburgiem a Brukselą) na czoło wysunął się argument ekologiczny – pisał Paweł Świeboda w "Gazecie Świątecznej" z 2-3 czerwca. Spory na temat dwóch siedzib parlamentu toczą się od dawna, ale może teraz coś się ruszy, bo obliczono, że podróże europosłów powodują emisję 20-30 tys. ton CO2. Według powszechnej opinii nadmiar tego gazu w atmosferze powoduje globalne ocieplenie.

Na pierwszej, czerwcowej sesji w Londynie cena jednej tony CO2 wynosiła 24 euro. Tyle płacą ci, którzy chcą wyemitować więcej dwutlenku węgla, niż zezwalają im na to limity. Skoro jedni kupują, kto zatem sprzedaje? Chociażby ci, którzy – choć mogli – swoich limitów nie wykorzystali, np. inwestując w proekologiczne technologie. Gdyby zatem Parlament Europejski musiał zakupić limit CO2 na wolnym rynku, ruch wahadłowy Bruksela – Strasburg kosztowałby go około 500-700 tys. euro.
Dużo? Same przejazdy europejskich posłów pomiędzy dwoma siedzibami parlamentu kosztują podatnika na Starym Kontynencie 250 mln euro. To kilkaset razy więcej niż wartość wyemitowanego przy okazji CO2. Dlaczego argument ekologiczny przekonuje dzisiaj bardziej niż ekonomiczny? Ano dlatego, że w powszechnej opinii ekonomia i ekologia nie mają ze sobą nic wspólnego. I oto Brukselę stać na wydawanie kilkuset milionów euro na podróże, ale nie stać na emisję 20-30 tys. ton CO2.

Polski rząd zdecydował, że zaskarży decyzję Komisji Europejskiej w sprawie limitów emisji gazów cieplarnianych do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Prosiliśmy o zezwolenie na emisję 284,6 mln ton CO2 w latach 2008-12, a pozwolono nam na 208,5 mln ton. Większość krajów dostała tyle, o ile prosiła, natomiast limity zmniejszono jeszcze Niemcom, Łotyszom, Litwinom, Holendrom, Słowakom i Czechom. Decyzję KE już zaskarżyły Czechy, a ma to zrobić Łotwa i Litwa.
Paweł Świeboda pisze: "[Rząd] żali się, że Komisja zmniejszyła nam limity ( ) a my potrzebujemy zanieczyszczać środowisko, żeby się rozwijać". Niestety tak to właśnie wygląda. Nie tylko w Polsce, wszędzie tam, gdzie gospodarka uzależniona jest od węgla, ropy czy gazu. W Polsce 96 proc. energii elektrycznej produkujemy z węgla właśnie. Jedna tona spalonego węgla to zabranie środowisku ponad 3 ton tlenu i emisja do atmosfery ponad 4 ton CO2.

Polska produkuje mniej CO2 niż kilkanaście lat temu. Energochłonny, pokomunistyczny przemysł został częściowo zlikwidowany, a częściowo zmodernizowany. Tym sposobem zredukowaliśmy emisję CO2 o ponad 30 proc. W 2005 roku Polska wysłała do atmosfery 203 mln ton CO2, czyli o 5 mln ton mniej, niż obecnie chce nam zezwolić KE.

W czym zatem problem? Ano w tym, że rok 2005 był wyjątkowo ciepły, a więc zapotrzebowanie na energię było niskie. A jednak ten właśnie rok KE obrała jako bazowy dla wyliczeń limitu emisji na następne lata. Gdyby za bazę wzięto "uśredniony rok", przyznany nam limit byłby większy o kilkadziesiąt milionów ton. – Polska byłaby usatysfakcjonowana, mając pozwolenie na 250 mln ton – powiedział minister środowiska Jan Szyszko.

Generalna zasada jest taka, by limity zmniejszać, ale od reguły są wyjątki. Słowacji zezwolono na więcej, niż miała w zeszłym roku, a kilku krajom (np. Wielkiej Brytanii) limity pozostawiono na tym samym poziomie. Ciekawe jest, gdy przeliczymy, ile ton CO2 zdaniem KE może wyemitować statystyczny Europejczyk w zależności od kraju, w którym mieszka. Polak może sobie pozwolić na 5,4 tony CO2, Niemiec na 5,5 tony, a Czech na 8,7 tony. Francuz dostał pozwolenie tylko na 2 tony CO2. Dlaczego tak mało? Francuzi nie potrzebują wysokich limitów, bo ich energetyka w blisko 80 proc. oparta jest na siłowniach jądrowych.

Jest jeszcze inna podstawa oprócz ciepłego roku 2005 do zaskarżenia limitów. Bruksela przyjęła w wyliczeniach polskie PKB na poziomie 4,7 proc., tymczasem teraz nasza gospodarka przyspiesza w tempie ponad 7 proc. A tam, gdzie PKB szybko rośnie, rośnie też emisja CO2, rozwój wymaga większej ilości energii. Tak było w Hiszpanii czy Irlandii.

Według ekspertów z Business Centre Club obniżenie nam o prawie 30 proc. limitu emisji CO2 zmniejszy nasz wzrost gospodarczy o 1 proc., podrożeją inwestycje i wzrośnie bezrobocie.

Tej sytuacji można zaradzić, inwestując w odnawialne źródła energii, ale to także kosztuje. A koszty te poniosą oczywiście odbiorcy energii – albo bezpośrednio, albo pośrednio via budżet państwa (subwencje, ulgi czy preferencyjne kredyty). Na ostatnich Międzynarodowych Targach Energetyki "ENEX" w Kielcach przedstawiciel Stowarzyszenia Elektryków Polskich stwierdził, że jeżeli średni koszt wytwarzania energii elektrycznej wzrośnie o 1 euro cent za kWh, stopa życiowa polskiej 4-osobowej rodziny obniży się rocznie o blisko 2 tys. zł.

Dla czystego powietrza i wody warto głębiej sięgnąć do kieszeni. Ale to tylko częściowa prawda, bo istnieją sposoby na redukcję zanieczyszczeń bez równoczesnego podnoszenia cen energii. Bardzo dobrze radzi sobie z tym Francja. Elektrownia jądrowa nie zanieczyszcza atmosfery.

Jednak nawet inwestycje w zieloną energetykę nie zawsze rozwiązują problem. Na początku 2005 roku ukazał się raport niemieckiej Federalnej Agencji ds. Energii (DENA), której eksperci ostrzegają, że "realizacja celów dotychczasowej polityki energetycznej [czyli zielona polityka energetyczna] może prowadzić do awarii sieci i zaburzyć dostawy energii elektrycznej". Zauważają też, że koszty zielonej energii są znacznie wyższe, niż dotychczas przypuszczano, a ograniczenie emisji CO2 można osiągnąć tańszymi metodami. Jeszcze dalej idzie brytyjska The National Audit Office (odpowiednik polskiego NIK), która ocenia, że rozwijanie energetyki wiatrowej jest najdroższym ze znanych sposobów redukcji poziomu dwutlenku węgla w atmosferze.

Wiele emocji budzi też system handlu emisjami. Ograniczenia nakładane tylko na niektóre kraje (np. należące do UE) mogą spowodować w globalnym rozrachunku wzrost, a nie spadek CO2 w atmosferze. Jak to możliwe? Jeżeli limit dla Polski będzie zbyt restrykcyjny, producenci będą musieli kupić na wolnym rynku pozwolenie na dodatkową emisję. Z tego powodu produkty polskich hut czy cementowni będą droższe niż te wyprodukowane w krajach, które nie są objęte programem ograniczania emisji, np. na Ukrainie czy w Chinach. Boom budowlany w Polsce spowoduje, że tańszy cement będzie kupowany w Chinach, a do atmosfery zostanie wypuszczona całkiem spora dodatkowa ilość CO2 związana z transportem tego surowca na dużą odległość.

Paweł Świeboda pisze, że na dłuższą metę zielone inwestycje to olbrzymia szansa. Pełna zgoda, ale tylko wtedy, gdy robione są z głową. Do tego potrzeba trzeźwego rachunku ekonomicznego, a nie poddawania się modom czy ślepego zapatrzenia w innych. Innych, którzy albo mają więcej pieniędzy niż my, albo koń ciągnący ich gospodarkę już się rozpędził i nie robi mu różnicy dodatkowe obciążenie. Można oczywiście naszą szkapę poganiać batem, żeby szybciej biegła, ale czy nie ma obawy, że w efekcie się zmęczy i ledwie pójdzie stępem? Czy wtedy będzie nas stać na ochronę środowiska? Nie oznacza to, że my, Polacy, nic nie powinniśmy robić dla czystego powietrza czy wody. Tyle że nasze zamiary powinniśmy dostosować do sił, jakimi dysponujemy, a nie odwrotnie.



Tomasz Rożek – doktor fizyki, dziennikarz naukowy i publicysta

Źródło: Gazeta Wyborcza

Może Ci się również spodoba