Dobra elektrownia wiatrowa nie zagraża ptakom

O tym, w jakim stopniu farmy wiatrowe zagrażają ptakom oraz czy można uniknąć zderzeń ptaków z turbinami wiatrowymi, z prof dr. hab. Przemysławem Busse rozmawia Piotr Moranowski. Minęły już ponad dwa lata od chwili, gdy pisaliśmy o BirdWatch

– projekcie systemu chroniącego ptaki przed kolizjami z turbinami wiatrowymi. W ciągu dwóch lat miało powstać kompletne urządzenie. Jak więc dziś wygląda sytuacja?

– To jest grant zaplanowany na 5 lat. W tej chwili jesteśmy w trakcie drugiego roku.
Czy system gdzieś już funkcjonuje, by można było ocenić jego działanie?

– Jeszcze nie. Przewidujemy, że w tym roku prototypowe urządzenia będą testowane. Za kilka dni jedziemy na farmę wiatrową, żeby rozstrzygnąć pewne kwestie techniczne: umieszczenie mikrofonów i współpraca z rzeczywistą turbiną, a nie, jak dotąd, wirtualną.

Czy wszystkie gatunki ptaków będą chronione przy pomocy tego systemu? Podobno jest on w stanie ochronić przed kolizjami tylko drobne gatunki.

– Ze względu na to, że głównie wykorzystuje akustykę, to te gatunki, które wydają w czasie przelotu głosy wędrówkowe będą wychwytywane. Natomiast gatunki, które lecą w milczeniu (bo takie też są) – nie. Ostrzeganie na podstawie gęstości głosów mogłoby w niektórych sytuacjach powodować wyłączanie turbin, co zmniejsza prawdopodobieństwo kolizji.

Drugi element, który był zaplanowany, to kwestia wykrywania zaistniałych kolizji. Jest to bardzo trudne, bo są one rzadkie i występują przeważnie w warunkach bardzo ograniczonej widoczności. Wykrywanie kolizji na podstawie przeszukiwania gruntu pod turbinami również jest trudne, ponieważ np. chodzą tam lisy, koty, psy, więc mogą wynieść takiego ptaka. Czasami też po prostu ciężko znaleźć go w gęstej roślinności. Mamy nadzieję, że niektóre kolizje dadzą się wykryć na zasadzie „puknięć” kolizyjnych i wyłowienia tego z tła akustycznego przez elektronikę.

Na Gibraltarze, gdy zaczyna się nasilona migracja, po prostu zatrzymuje się wiatraki. Czy u nas możliwe jest zastosowanie takiego rozwiązania?

Na Gibraltarze przelot setek tysięcy ptaków drapieżnych odbywa się frontem dosłownie kilku kilometrów – ruch jak na autostradzie – w godzinach szczytu.
– Sytuacja na Gibraltarze jest diametralnie różna niż w naszym kraju. Takiej koncentracji wędrówki, szczególnie ptaków drapieżnych, jak na Gibraltarze i w Cieśninie Bosfor, nie ma nigdzie indziej w Europie. Na Gibraltarze przelot setek tysięcy (podobnie na Bosforze) ptaków drapieżnych odbywa się frontem dosłownie kilku kilometrów, więc tam ruch jest jak na autostradzie – w godzinach szczytu. Zatem jeśli już tam postawiono turbiny i jeszcze ich nie rozebrano (a powinni byli to zrobić), wtedy są kolizje i próbuje się je minimalizować przez zatrzymanie turbin.

W naszych, polskich warunkach zatrzymywanie turbin prawdopodobnie mogłoby być tylko akcydentalne, w chwilach, gdy rzeczywiście w danym miejscu ten przelot jest intensywny. Mamy na naszym wybrzeżu takie miejsca, gdzie koncentracja przelotów jest bardzo duża. Natomiast w takich miejscach po prostu nie pozwalamy na stawianie farm wiatrowych. Na farmach o mniejszej kolizyjności zatrzymywanie turbin może się odbywać w jeden dzień na miesiąc, jeden dzień na 2 tygodnie. Zmienność przelotów z dnia na dzień jest tak ogromna, że wyłączanie turbiny przez cały wrzesień i październik nie miałoby sensu. Przez 60 dni, zagrożenie realne, takie poważniejsze, może wystąpić w przeciągu zaledwie 2-3 dni. Więc rozwiązanie, że na jesieni wyłączamy, jest bezsensowne ekonomicznie i z punku widzenia ptaków niczego specjalnego nie wnosi.

Mam takie ulubione miejsce niedaleko Łowicza, gdzie podczas migracji wiosennej ptaki zatrzymują się na łąkach na odpoczynek. Ostatnio usłyszałem od mieszkańców, że ma tam powstać farma wiatrowa. Przeraziłem się, jak staną tam wiatraki, to te gęsi i żurawie zaczną się o nie rozbijać. Byłaby to prawdziwa masakra!

– Nie wpadajmy w panikę. Wszystkie farmy wiatrowe, a na pewno te wielowiatrakowe, wymagają raportu środowiskowego. By został on zrobiony, Regionalne Dyrekcje Ochrony Środowiska, praktycznie we wszystkich przypadkach, żądają, aby odbył się roczny monitoring ornitologiczny. Nadzoruję wiele takich monitoringów w różnych częściach Polski. Co kilka dni obserwator jest w terenie, zapisuje według pewnej metodyki wszystkie obserwacje, potem jest to opracowywane. Szacuje się, czy w danym miejscu zagrożenie jest poważne, czy występuje tylko sezonowo. Są takie miejsca w zagłębieniach pól, w których w czasie mokrej wiosny tworzą się rozlewiska. Ściągają tam ptaki z bardzo dużego obszaru. Rozlewiska są przez 1 lub 2 tygodnie, a potem znikają. W niektórych latach rozlewiska występują, a w niektórych już nie. W niektórych przypadkach, daje się zalecenia, że np. w okresie wiosennym może być konieczność wyłączania turbiny na tydzień lub dwa, oczywiście jeśli takie rozlewisko powstanie. Natomiast w innym roku, gdy rozlewisk nie ma, to ptaków też nie ma i turbiny mogą normalnie pracować. W przypadku każdej lokalizacji są prowadzone takie badania. Jest to indywidualnie oceniane i to z dużą dokładnością. Jeżeli np. jest stawiana jakaś farma w jakimś miejscu i 2-3 km dalej jest stawiana druga, to musi ona przejść przez to samo testowanie, co pierwsza. Zasady są tu dość rygorystyczne.

W środkach masowego przekazu straty na farmach wiatrowych są grubo przesadzone.
Jeżeli jednak farma powstanie na terenie, na którym ptaki mogą się koncentrować, to w jaki sposób jest to nadzorowane?

– Tu jest znowu pewien standard. Po postawieniu farmy, wtedy kiedy już ona pracuje, muszą być trzy lata obserwacji powykonawczej. To właśnie ma wskazać, czy prognozy, które robiło się przed postawieniem farmy się sprawdzą. Bo oczywiście samo postawienie zmienia trochę środowisko. Ptaki inaczej reagują i trzeba sprawdzić, czy rzeczywiście miejsce okazało się tak dobre jak przewidywano, czy gdzieś tam występują jakieś problemy. Bywa tak, że nawet przy dużej farmie, jedna turbina jest postawiona w niewłaściwym miejscu. Czyli inwestor chce stawiać np. 12 turbin, a ornitolog mówi po badaniach, że można postawić, ale tylko 9, bo tamte 3 znajdują się w miejscu odwiedzanym przez ptaki.

W środkach masowego przekazu straty na farmach wiatrowych są grubo przesadzone. Zwykle opierają się one na najgorszych farmach, jakie są na świecie, postawionych przeważnie jakieś 20-25 lat temu w miejscach, w których nie powinny stanąć. Stąd powstała ta fama, że farmy wiatrowe są ogromnym niebezpieczeństwem. Na pracujących farmach amerykańskich ginie mniej więcej od 2 do 4 ptaków rocznie na turbinę. Wiele zależy jeszcze od tego, jakie to są gatunki ptaków. Są takie farmy w których tym zabitym ptakiem, będzie zięba, których mamy setki milionów w Europie. Natomiast Norwedzy zafundowali sobie taką farmę na małej wysepce, na której jest 20 gniazd bielika. Oczywiście wywołało to odpowiednie skutki. Smøla, bo tak się nazywa ta wyspa, jest podawana jako przykład, że farmy wiatrowe zabijają bieliki. Nie dziwne więc, skoro na małej wysepce jest tyle bielików i równocześnie wstawia się tam farmę. Było właściwie zupełnie oczywiste, że muszą tam być kolizje!

Czyli przede wszystkim ważna jest lokalizacja? Dotarły jednak do mnie głosy krytyczne, że nie ma wystarczającej kontroli nad decyzjami o lokalizacjami farm oraz że może dochodzić przy tym do korupcji. Czy możliwe jest, żeby zupełnie przypadkowe, niekompetentne osoby decydowały o tym, gdzie ma taka farma powstać?

– Decydują urzędnicy w Regionalnych Dyrekcjach Ochrony Środowiska. Natomiast jakość ekspertyz to sprawa zupełnie odrębna. Jeżeli prowadzę nadzór nad obserwacjami, potem piszę ekspertyzę, to robię to z dużą znajomością rzeczy, popartą, 50-letnim doświadczeniem ornitologicznym. Natomiast słyszałem, że niektóre takie opinie piszą osoby niekwalifikowane. Wtedy trudno powiedzieć, jaka jest ta opinia. To, o czym Pan mówi może wystąpić w każdej dziedzinie. I oczywiście jeśli ma się odpowiedniego prowadzącego, to można mieć zaufanie, że tutaj sprawa korupcyjna nie będzie wchodziła w grę. Jeżeli jest to osoba zupełnie nieznana, jakiś amator, a o takich słyszałem, to nikt nie jest w stanie za to ręczyć. Różni są ludzie i wiemy, jakie jest życie. Generalizować na pewno nie można.

Rozumiem, że prawo nie wskazuje jednoznacznie, kto ma te ekspertyzy wykonywać?

Ekspertyzę ma wykonać ornitolog. Kogo już regionalna dyrekcja uzna za ornitologa, to już jest właściwie domena urzędnicza.
– Nie ma jakiegoś ścisłego przepisu – ekspertyzę ma wykonać ornitolog. Kogo już regionalna dyrekcja uzna za ornitologa, to już jest właściwie domena urzędnicza. Magister, który zrobił pracę magisterską w zeszłym roku może powiedzieć, że jest magistrem ornitologii i ma kwalifikacje, a w rzeczywistości może mieć kwalifikacje zbliżone do zera. No oczywiście, jeżeli ktoś z tytułem naukowym się tego podejmuje, to gwarancja jest nieporównanie wyższa.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

www.ekologia.pl

Może Ci się również spodoba